Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Lenartowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Lenartowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2013

Z Kielc do Kielc

Dziś wpadł mi w ręce kolejny numer kieleckiego pisma "Plotkarka" (o którym już wspominałem - link), a w którym znalazłem jeszcze jedną ciekawą fotografię Andrzeja Lenartowskiego. O, proszę: 


Andrzej Lenartowski, "Plotkarka" 1989, nr 10, s. 6.
(Dwie inne fotografie już się pojawiły na tym blogu tu i tu). 

I z tej niewątpliwej okazji nie pozostaje mi nic innego, jak przypomnieć dziś Z Kielc do Kielc tekst z lipca 1997 roku. W tym miejscu skany z książki Jesień na Marsie 


A tu wersja tekstowa, dla ułatwienia lektury.

Krzysztof Jaworski
Z KIELC DO KIELC
 
Mam czas do soboty, a tu te dwa psy, jeden
wyżej, na balkonie, stoi i szczeka do tego drugiego,
a ten drugi niżej, też stoi, łbem kręci, właściwie siedzi,
ale nie szczeka, no to myślę, co też taki pies musi
sobie kombinować pod sufitem, żeby tak siedzieć, oczywiście
musiał mnie zainteresować ten co nie szczeka, cały ja!,
no to jak przechodziłem obok, to mu rzuciłem: te,
Bertolucci, bo tak mi się przypomniało, myślałem,
że szczeknie, ale nie, skubany, nie szczeknął, jednak
nie mam tego talentu, co Grzesinek, a Grzesinek w
Kopenhadze podchodził do dowolnego psa i mówił mu:
bój się!, nie znalazł się taki, który by nie szczeknął,
a normalnie psy w Kopenhadze nie szczekają, tak że mi
zaimponował, no ale właściwie jest czwartek, więc zaraz
mówię studentom: stawiajcie przecinki, mówię, przed gdyż
stawiajcie, przed aby i ponieważ, przed ale, mówię same
pożyteczne rzeczy, bo staram się jak mogę, nie spędzajcie
mi snu z powiek tymi przecinkami, mówię jeszcze, ale
jakoś tak siedzę, milczę, a zawsze powtarzam, że jak
się zgodziło za psa, to trzeba szczekać, ale co robić?,
no to idę do Andrzeja, Andrzej napisał ostatnio artykuł
o mnie do miejscowej gazety, bałem się już, że go za to
zamknęli, bo się nie odzywał, ale nie, siedzi,
jest, gadamy, godzinę, dwie, mamy o czym, Andrzej
trzyma w piwnicy powieść, 800 stron maszynopisu,
i zawsze go namawiam, żeby wyniósł tę powieść
z piwnicy, mógłby przynajmniej trzymać na balkonie,
on się niby zgadza, z tym, że już 2 lata tak wynosi
i nic, szkoda powieści, mówię, e, co tam, mówi, ja i tak
nie używam balkonu, i dalej gadamy, o jednym i drugim,
o tej sprawie, i o tamtej, że to tak, a tamto znowu owak,
że właściwie nie bardzo wiadomo czy wróble mieszkają
w karmnikach, a nawet jeśli mieszkają, to dlaczego ich
nie widać, kiedy przechodzimy obok, że już prędzej
mieszkają na dworcu centralnym, a w takim razie
co z łabędziami?, a miejscowi mają nas za pedałów,
bo czasem udaje im się usłyszeć:
metaforyka narracji, świat porównań, sens ideowy,
tutaj to naprawdę brzmi podejrzanie, lepiej już być
pedałem, albo mieszkać na dworcu centralnym, a tamten
pies pewnie już sobie poszedł, szkoda z jednej strony
psa, ale z drugiej strony i Andrzeja szkoda, że tak sobie
zaszkodził tymi rozmowami ze mną, mówię mu, ale dalej
gadamy, i patrzymy na wróbla, czy szczeknie, ale nie, nie
szczeknął, no to przerzucamy się na łabędzia, w końcu
jesteśmy wielkimi duchami tej ziemi, w łańcuchu
wielkich duchów tej ziemi: od Mikołaja Reja i Jana
Kochanowskiego poczynając, poprzez Wespazjana
Kochowskiego i Jana Chryzostoma Paska, Walerego
Przyborowskiego i Henryka Sienkiewicza, Stefana
Żeromskiego i Witolda Gombrowicza, no to chyba
mamy prawo trochę sobie pogadać o lesbijkach?,
co za dzień!, 24 godziny i żadnej poezji!, sama proza,
i nikt ni zadzwonił, i nikt nie poprosił o wywiad z pytaniami
w stylu: szanowny Panie, jak w tak krótkim czasie udało się
panu dojść od absolutnie niczego do absolutnie niczego?,
no to idę do domu wesoły jak pies, bo może kiedyś będą
mówić o mnie: o, patrzcie, to ten Jaworski, facet który
stworzył, rozwinął, doprowadził do perfekcji i pogrzebał
świętokrzyską szkołę poezji, ale na razie nic nie mówią,
bo nie mają tego dystansu, Andrzeja przynajmniej oglądają
wycieczki w parku miejskim, dla takiej wycieczki to zawsze
jakaś rozrywka: ruchomy obiekt muzealny między pomnikiem
Staszica a budynkiem seminarium duchownego, nie ma
takiej siły, żeby przemknął niepostrzeżenie, to reszta
dzieje się niepostrzeżenie: wróble na centralnym kłócą się
z łabędziami o karmniki, bezdomni kłócą się z frajerami
o napiwki, moja automatyczna sekretarka kłóci się
z powietrzem i mówi: masz czas do soboty, zaraz, zaraz,
mam czas do soboty?, jak to, do soboty?, do jakiej
soboty?, w dodatku pies na mnie naszczekał jak byłem
mały na ulicy Wesołej, bo to miasto dla twardych ludzi,
albo pływasz, albo cię zagryzą, a właściwie nie na mnie
naszczekał, tylko na moje spodnie, i nie naszczekał, tylko
ot tak sobie zęby pokazał, jak to pies, ale było strachu,
aż mnie musieli uspokajać, byłem tak mały, że nawet
dzwonów nie nosiłem, a więc mam czas do soboty, a Andrzej
też chodził po tej samej ulicy, ale go pies nie obszczekał,
bo to było kilkanaście lat temu, wszędzie królowały
dzwony, i jeśli sobota się potwierdzi, to wychodzi na to,
że mam czas do soboty, Andrzej tam chodził odwiedzać
znajomych, czyli mam bardzo mało czasu, a po jaką cholerę
ja tam polazłem?, aż tu wreszcie Grzesinek zadzwonił,
że też będzie w sobotę, tyle że też go pies dziabnął,
polski pies, ludzie, o co chodzi teraz z tymi psami?,
i wtedy uświadamiam sobie, że nigdy nie nasrał na mnie
wróbel, a Burszta nie przerywa (bo to głos Burszty,
poznałem go po głosie): mam czas do soboty, do przyszłej
soboty, do przyszłej?, cholera, kombinuję, co by tu?, do
soboty?, i nigdy nie nasrał na mnie łabędź!, mam czas do
soboty, mam czas do soboty, i w tak krótkim czasie
doszedłem od absolutnie niczego do absolutnie niczego!,
za to nasrał na mnie gołąb, i uwierzyłem w uniwersalizm
seriali brazylijskich, i wrodzoną inteligencję prezenterek
telewizyjnych, które ubiera firma AMERICAN STYLE,
a rozbiera PAN KAZIO, i uwierzyłem w studentów
bułgarystyki, podróż duchową, życie wewnętrzne, Jana
Kasprowicza, w to, że poczytnymi miesięcznikami nie da się
podetrzeć dupy, gdyż mają za śliski papier, ale dalej nie
chce mi się wierzyć, że mam czas do soboty, i moi drodzy,
jak by na to nie patrzeć, do soboty nie dam rady!, tu
widocznie musiał zajść we mnie jakiś proces myślowy,
bo coś powiedziałem, dokładnie nie pamiętam
co, ale w tym miejscu to nie jest istotne.
 
[20 lipca 1997]
Krzysztof Jaworski

Krzysztof Jaworski, Z Kielc do Kielc [wiersz], w: Jesień na Marsie, Legnica 1997, s. 15-18.

sobota, 26 października 2013

Sobota z poezją VII

W dzisiejszej, nietypowej, sobocie z poezją, spotkanie z poezją anonimową. Oto fragment wiersza, który trafił do jednego z felietonów Andrzeja Lenartowskiego z 1986 roku. Jest to jego relacja z ówczesnej Świętokrzyskiej Liry Poezji. Przytoczony fragment wyróżnionego na konkursie utworu brzmi:

Stara kobieta pasie gęsi w stawie
Jej chłop szcza pod płotem [...]
Stara kobieta za boki się łapie
Jej chłop zapina rozporek
Dzieci rzygają.
Niestety, nie znamy autora tego, prekursorskiego naszym zdaniem, tekstu owych czasów. Może anonimowy nowator pamięta rok 1986 i się ujawni? Cały zaś felieton poniżej:


A. Lenartowski, Pisarz pisarzowi równy [felieton], "Słowo Ludu" [Kielce] 1986, nr 214.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Lanartowski – krótki biogram

Natknąłem się dziś na krótki biogram Andrzeja Lenartowskiego (z fotografią), który ukazał się w roku 1988 w nie istniejącym już dziś piśmie "Plotkarka". A ponieważ o "Plotkarce" będzie jeszcze, więc go przytaczam. Na uwagę zasługuje próba (chyba jedna z pierwszych?) wyliczenia wszystkich zawodów, które Andrzej wykonywał.


sobota, 17 sierpnia 2013

Powstanie...

tym razem styczniowe... ale w listopadzie... czyli maturalna młodzież liceum im. Feliksa Dzierżyńskiego w inscenizacji powstania styczniowego z powieści Andrzeja Lenartowskiego pt. Maszyna do czesania motyli (1994). Jedna z moich ulubionych scen w tej książce...
"Dla wszystkich jest miejsce w powstaniu. Dla całego narodu"









Andrzej Lenartowski, Maszyna do czesania motyli (1994) [fragment]

niedziela, 28 lipca 2013

Andrzej Lenartowski – Maszyna do czesania motyli 1994

Wyraźniejsza fotografia:




z książki: 



oczywiście z dedykacją z roku 1995:


o wydawnictwie Miniatura będzie jeszcze...

O Andrzeju Lenartowskim Leszek Żuliński 1997

Fragment wywiadu Leszka Żulińskiego z Andrzejem Lenartowskim


w którym Andrzej mówi o:


A na końcu o: 


[Leszek ŻULIŃSKI, Między wierszami: rozmowy o życiu i literaturze, Kielce 1997, s. 166-172: "Mam gdzieś małe miasteczka"]

Lenartowski – Hrabal – 1997


Andrzej Lenartowski

Dzień w którym umarł hrabal

I

na przykład wuj pepi Wlazł na browarny komin
z ogromną wiarą że jeśli uciekać to ku obłokom
i jeśli przypominam sobie swoją pierwszą lekcję tańca dla początkujących to widzę
wuja pepi Wychyla się z chmur
a nad nim wspina się cienka kreska dymu jak drabina do Pana Boga
ostatnio w moim śnie wuj pepi spadł
nie było w nim nic z ptaka
spadał jak tobół I nie przebudziłem się
patrzyłem na ten złachmaniony
tobół leżący w cieniu drabiny do Pana Boga
a potem zobaczyłem jak cień drabiny
rozwiewa się niczym browarny komin i zobaczyłem
że wuj pepi bardzo się wstydzi i nic nie może poradzić
chciałem uciec z tego snu l powiedziałem cicho
mamo Mamo A kiedy otwarłem wreszcie oczy
zobaczyłem gołębie spacerujące po parapecie
i rozmazany szarym śniegiem poranek A może wydawało mi się
że poranek Obok ktoś kasłał na łóżku a ja myślałem
że trzeba nakarmić gołębie Szpitale i więzienia całego świata
wspinają się na skrzydłach gołębi
i cały czas widziałem wuja pepika leżącego w rozwianym cieniu Jak tobół

II

gołębie w składzie makulatury Tomy skrzydeł gotujących się na zmielenie
ten trzepot ptasi rozbijający się o kraty Hegel bezradny jak chłopiec
przed postrzyżynami I augustyn zastygły nad oceanem
pogodzony z brzegami dziecinnego wiaderka A wokół
ogromna maszyna do mielenia I niewidzialny mechanizm
wyznaczający ptasie przeloty Od maszyny do maszyny

III

starałem się lecieć cicho W długich zdaniach
szybujących tuż nad ziemią Żeby widzieć dokładnie
i nie przeoczyć Jak wytłumaczyć dzisiaj
że żyłem w czasach gdy poeta musiał latać blisko traw
nie było miejsca na fajerwerki i pokazy akrobatyczne
a poza tym każdy wie że najtrudniej latać
tuż nad ziemią Kiedyś przefrunąłem
nad balią atlantyku Do dzisiaj nie wiem po co
w nowym jorku zająłem się degustacją piwa
jakie takie choć gdzie mu do choćby do pardubickiego
chciałem jakiemuś facetowi opowiedzieć jak smakuje piwo
gdzie ptasie przeloty wyznaczane są przez
niewidzialną maszynerię Opowiadałem
jak wygląda mój świat widziany z browarnego komina
to nie był głupi facet tłumaczył mój lot nad trawami na język
nowego jorku I jedyne słowo które zrozumiał
bar Jak przekonać takiego faceta
że świat nie znaczy koniecznie nowy jork
i cały czas myślałem o powrocie na drugi brzeg balii
zapomniałem kupić coś żonie a przecież ona
czekała na ten list z wymyślonego kraju
gdzie w opowieściach baseny wypełnione są piwem i mają kolor
plastra miodu Kupiłem jej na lotnisku w pradze
okulary słoneczne i powiedziałem że przeleciały ze mną
nad atlantykiem Mój Boże Ona do końca klękała przed nimi
jak przed relikwią Oglądała przez nie świat
i widziała amerykę A ja nie ośmieliłem się jej opowiedzieć
że piwo tam ledwie jakie takie Nie wolno nikomu zabierać okularów
kiedy zmarła widziałem jak z moich traw odlatują motyle
nie włożyłem okularów do grobu Czasami patrzę przez nie
i widzę moją żonę jak nadlatuje ku mnie znad tunelu manhattanu
i dopiero dzisiaj wydaje mi się że polubiłbym piwo w nowym jorku

IV

lot nad chmurami to sen dyktatora I tyle po nim pozostaje
rozwiany obłok Rdzawy ślad wypalonych ogrodów
i wiatr pędzący cień browarnego komina
bruegel wiedział o tym dobrze i pewnie nie przypuszczał
że ktoś wymyśli maszynerię wytyczającą szlak ptasich
przelotów I przyszpili ikara w martwym albumie

V

wracając do żony Była podobna do tej która nie opuszczała chandlera
a kiedy wreszcie odleciała jak tamta Kiedy pozostały po niej okulary
przez które dokładnie widać było nowy jork Kiedy
muszę przerwać na chwilę Zawsze bałem się łzawych zdań
często widziałem jak przez mroczne zakamarki przelatuje marlowe
a kiedy budziłem się ona parzyła kawę Koty przeciągały się leniwie
i gęste krople krwi jaśniały niczym rozdzwoniony tramwaj
laleczkom odrastały włosy I żony wracały do swoich
gangsterów teraz boję się snu Boję się spadania
kiedy pozostały po niej
tylko okulary co noc spadam z wysokich schodów
a dzisiaj z komina spadł wujek pepi Jak tobół

VI

pomyślałem o gołębiach A może chciałem wyrwać się z tego
snu w którym wuj pepi spadał jak tobół I czułem się tak
jakby to opadły skrzypce z rozkołysanego nieba chagalla
i jakby ktoś roztrzaskał porcelanowe nuty mozarta
pomyślałem że wszystkie szpitale I wszystkie więzienia
unoszone są na skrzydłach gołębi

VII

skoro wspomniałem o chagallu
przelot nad witebskiem A witebsk jak smutny znaczek
pocztowy naklejony na śnieżną cerkiew Chagall zawsze pamiętał
żeby człowiek zajmował dużo miejsca
chagall lubił latać nisko Jak ja Blisko dachów
na dachach spotykał skrzypków i wypełnione mlekiem krowy
i krowy grały na skrzypcach I były równie piękne
jak smutni aniołowie Na rozkołysanym
niebie witebska nie ma ikara
chagall lubił latać nisko Jak ja
albo taki bruno schulz Wznosił się nad drohobyczem
w zdaniach długich Przecinki wplątane w kominy
wszechświata Niepotrzebne kropki turlały jak słońca po szarych
zaułkach i widać było wyraźnie
historię szeleszczącą pergaminem opowieści
jabłko I ewę Naiwną niczym znaczek pocztowy chagalla
naklejony na śnieżną cerkiew

VIII

i powiedziałem cicho Mamo Gołębie przypominały
rozmokłe śniegowe piguły Przestraszyłem się
że rozmokłe skrzydła nie utrzymają wszystkich szpitali świata
i powtórzyłem cicho Mamo Ale słyszałem tylko
czyjś kaszel Gołębie opadały jak niepotrzebne nuty
spojrzałem w dół I zobaczyłem wuja pepi
leżał na szpitalnym podwórcu jak tobół I chciałem
spojrzeć przez okulary których nie włożyłem do grobu
żeby uciec z tego snu Ale gdy sięgałem
gdy już Już A przecież zawsze latałem nisko Jak trzmiel

[Pierwodruk: "Świętokrzyski Kwartalnik Literacki" 1997, nr 1, s. 27-29.]

"Od Ojca"...

Kiedyś, wyprosiłem u Andrzeja Lenartowskiego, bym mógł się doń zwracać per "Ojcze". I tak już zostało, ja mówiłem do niego "Ojcze", a on do mnie "Synu". I taką też dostałem dedykację na poemacie o Hrabalu...




Cały poemat wkrótce...

Śmierć Peipera

Andrzej Lenartowski,
jak głosi jego podpis "schyłek maja 1997"



Andrzej Lenartowski

śmierć peipera

I

manifest czyli księga kelnera

mitologia każdego czynu jest historią pieniądza Parnas 
zrównał się z wysokością lady sklepowej To ja wymyśliłem
i to prawo będzie obowiązywać Cała reszta musi się dopasować 
artysta to taki facet który posiadł sztukę dopasowywania 
najsprytniejsi dopasowali się w modern plebejski

dobrze wiedziałem co robię kiedy wymyśliłem moich dwunastu 
czytelników To dobra liczba do rozmnożenia na obie półkule
i jeszcze dalej Dla mnie plebs to było święto 
Widziałem ten wielki teatr tłumu Światła I cieni Postawiłem znak
równania między społeczeństwem a plebsem Nie słyszałem

jeszcze wtedy śmiechu mojego śledczego Po raz pierwszy zobaczyłem 
go w małej wiosce pod kujbyszewem To było moje
pierwsze jasnowidzenie Płynął przede mną pod postacią 
skrzydlatego oka Ale gdy wymyślałem plebs byłem ślepy 
nie wiedziałem że na końcu równania pojawi się gnom

wynikiem każdego równania jest gnom Dzisiaj wiem już 
o tym Kelner który wie wszystko i wie lepiej
taki burmistrz dwudziestego pierwszego wieku 
z ogromnymi cycami Coraz częściej śnią mi się 
rozdziały historii filozofii Ekspres do kawy a

teoria poznania Ontologia kelnerskich podwiązek
wuzetka czyli idealizm Albo agnostycyzm kuchennego zaplecza 
no i tak dalej Nikt nie prześcignie spółki
kelnerów i filozofów Krzyżówka mutant Wymysł
nowego wieku A jeszcze przecież się nie zaczął

II

żyd czyli ucieczka

uciekałem Pewnie że mogłem w inną stronę Za inną granicę 
czy to ważne dla żyda za którą granicę ucieka? I tak
trzeba będzie uciekać jeszcze dalej W przeciwieństwie
do granic ucieczka jest niepoliczalna I dziwię się że może mieć 
liczbę pojedynczą To wszystko może szczegółowo wyjaśnić

mój śledczy A gdy przeczytacie o mojej ucieczce nie wiadomo kim będzie 
może minie już czas kelnerów I fryzjerów Choć to chyba
niemożliwe Kujbyszew Jakucja Ładnie brzmi dopóki
znaczy tyle co plamka w dziecinnym atlasie Ale ja nie pamiętam 
nie najlepiej z moją pamięcią Lepiej zapytać śledczego

on też odpowie czy wolności potrzebni są poeci Co wcale 
nie jest antytezą że poetom potrzebna jest wolność Trzeba 
sprytnie uciec z celuloidowego pudełka To cała sztuka życia
i kiedy zaczną pytać dlaczego uciekałem tam właśnie Dlaczego 
wygłaszałem Dlaczego wstąpiłem Dlaczego podpisałem Dlaczego

zgodziłem się kiedy inni z godnością wyrąbywali Albo układali 
tory Albo kopali i wydobywali I jeśli udało im się To ciągnąc 
za sobą godność i śmierć tych którym się nie udało zdobywali 
zawieszali flagi Walczyli ze skorpionami i innym świństwem 
pisali wiersze o piaskach mazowsza A potem A potem

ale ja już spłonę w swym celuloidowym pudełeczku i nie będę 
musiał nic tłumaczyć I jeśli coś mnie jeszcze cieszy
oczywiście prócz dup i cyców kelnerek to to że nie będę 
musiał niczego tłumaczyć Że nie będę musiał
odpowiadać Że nie będę musiał wymyślać

III

oko czyli śledczy

harenda Akwarium wypełnione herbatą Pełno pływających oczu 
przychodzę tu incognito i udaję peipera Był taki ale ja nie pamiętam 
ogólnie lubię dupy kelnerek To bezpieczne zajęcie Najwyżej
można dostać w mordę lecz bez dalszych zobowiązań One na hasło peiper
stają się nerwowe a cycki trzęsą się im jak łąki verdun

to śmieszne ale są tacy którzy myślą że śledczy podąża śladem
mój śledczy jest prze żnie przede mną Wie nim ja wiem Unoszę szklankę
i widzę w pływających oczach że on wiedział wcześniej To jest właśnie
największy wynalazek dwudziestego wieku Reszta to barokowe 
ozdóbki Wracając do kelnerek Niby śmieją się a coś kombinują

był taki jeden Wiesiek ratyński Student Amatorską kamerą kręcił
o mnie film Wtedy tylko mój śledczy wiedział o technice video Ten student
pisał też pracę roczną o gniewnych szeptach To dobry tytuł 
na rok sześćdziesiąty ósmy Stałem w oknie i widziałem
jak płynie ku mnie oko tej amatorskiej kamery

zamknął mnie w pudełku na łatwopalnej taśmie
każdy ruch opisany Żadnej niespodzianki Chciałem to wytłumaczyć 
rudej kelnerce Ona zdaje się ma największe cyce
chyba nie zrozumiała bo nawet nie klapnęła tymi cycami
poszła do bufetu i doniosła Kelnerki bardziej kombinują niż fryzjerzy

a dla mnie to przecież sprawa życia i śmierci O ile można tak 
trywializować zagadnienie Świat stoi przecież nie na żółwiach
ale wspiera się na cycach kelnerek I na dupach To jasne i po co dodawać 
tak trudno wytłumaczyć że świat jest ogromnym akwarium 
pełnym pływających oczu A poza tym czekam na pożar w celuloidowym pudełku

IV

śmietnik czyli jak zabić żyda

lokaj w białych rękawiczkach jak nieświeża lilia Nie był
żydem ale to on był moim pierwszym poematem Zapalał światła Wnosił 
półmiski Lilie czuć było olejem Czosnkiem I soczewicą Tylko ja widziałem 
rozkwitające pod kremowa kamizelką cyce W porze herbaty pęczniały
jak jezioro z czającym się na dnie potworem Lokaj Mój pierwszy gnom Ale o tym

dowiedziałem się później W dzielnicach śmietników Znam wszystkie Bliższe 
i dalsze Zawsze to bardziej wykwintne niż bary mleczne Tyle niespodzianek 
lęku Nadziei I dziecinnego drżenia Śmietniki przypominają mi zawsze
lokaja w białych rękawiczkach Również rozkwitają jak nieświeża lilia
raz znalazłem między starym pudłem po radiu philips a zużytymi do granic

sztuki pończochami wszystkie tomiki przybosia I jak nie kochać śmietników 
odniosłem na skup makulatury Tylko tam dają gwarancję że zmielą Nie 
chciałem ani grosza Nie mam zaufania do pieniędzy Zawsze spogląda z nich 
czyjeś oko Zamiast oka dostałem broszurę jak zabić żyda I przez cały wieczór 
układałem poemat pod tytułem historia literatury polskiej I tak na przykład

satyra na leniwych chłopów czyli jak zabić żyda Albo krótka rozprawa między 
panem wójtem a plebanem czyli jak zabić żyda Lub też pieśń o sobótce
czyli jak zabić żyda Żywoty świętych czyli jak zabić żyda Monachomachia czyli 
jak zabić żyda Ballady i romanse czyli jak zabić żyda Sen srebrny salomei
czyli jak zabić żyda Pan tadeusz czyli jak zabić żyda I tak dalej Pozytywizm

i literaturę współczesną zostawiłem polonistom choć wiem że oni zawsze 
znajdą sobie zajęcie Na przykład widziałem jak w wychodkach
buwu przebierali się za kelnerów Piszą książki kucharskie
i rozprawy o sztuce podawania sosów I wszystko modern z plebejskim 
pierdnięciem A gnom roznosi herbatę i kasuje rachunki

V

koniec podróży czyli pożar w celuloidowym pudełku

każdy kiedyś się gubi Na jakimś tam peronie W podróży
z jakiegoś kraju do innego jakiegoś kraju Jeden pic cała ta podróż 
ale widzę to dopiero dzisiaj Tyle bezsensownych pytań
i jeszcze więcej odpowiedzi Tyle niepotrzebnego strachu 
odlatujących dróżników I sentymentalnych konduktorów

tony skasowanych biletów Straciłem orientację Dlatego zacząłem
z nabożeństwem podpatrywać kelnerów Nie dość że mają ogromne 
cyce to zawsze wiedzą najlepiej Dziwię się że ktoś tam budował 
lunetę Czy batyskaf Nie lepiej było od razu zapytać kelnera?
ale Bóg mi świadkiem że kiedyś miałem swoją walizkę I widziałem

wszechświat przypominał podświetloną grę geometryczną 
ulice Place Dużo kątów prostych I tłum jak rzut sześcianu
każdy ma swój klasycyzm Potem wszystko się gmatwa Poeci piszą 
że ciemnieje Teoretycy pieprzą coś o dekadentyzmie
ja się nie dziwię że do akcji musi wkroczyć śledczy

nie byle jaki Musi przynajmniej wiedzieć tyle co kelner

wiek dwudziesty przyszedł za późno i błysk wojny wydawał 
się wybawieniem Dwudziesty pierwszy za wcześnie
nikt nie przypuszczał że będzie tak wyglądał Skrzyżowanie
kaczora donalda z ochlanym miszą I monstrualnym okiem śledczego

nijakie bydle przeżuwające Inaczej to sobie wyobrażałem Rozumiem 
ten chichot śledczego Coraz samotniej w moim celuloidowym pudełku 
miał być pożar a tymczasem ledwo się tli W rachunku wszechświata 
żadna różnica Oko obraca się leniwie Coraz przestronniej
w moim pudełku Miał być pożar A tymczasem ledwo się tli